W poniedziałek, 26 października Jared ogłosił, że w środę tego samego tygodnia ujawni wielki, ''marsowy'' sekret. Byłam zachwycona. Razem z przyjaciółką z echelonu wyobrażałyśmy sobie różne wersje tej wiadomości : nowy teledysk, nowa trasa, może przynajmniej data premiery nowej płyty.
W środę wróciłam ze szkoły jak na skrzydłach i od razu pobiegłam do komputera. A tu... ''wielką wiadomością'' okazał się Camp Mars. W Malibu. W Stanach Zjednoczonych. 8 tysięcy kilometrów stąd. Byłam... jakby to określić? Zawiedziona? Bardzo zawiedziona? Bardzo, bardzo zawiedziona?
Te słowa wciąż nie oddają moich uczuć. Liczyłam na nową płytę i koncert w Polsce, a okazało się, że po prostu kilka dni sierpnia przesiedzę przed laptopem śledząc wydarzenia w Malibu i zadręczając się że mnie tam nie ma. A to raczej oczywiste, że mnie nie będzie. W tamtym roku na Camp Marsie nie było nikogo z Europy i w tym roku pewnie będzie podobnie. A jeśli nawet byłby tam teraz ktoś z Europy to na pewno nie byłabym to ja. Może i jestem trochę postrzelona, ale nie urodziłam się wczoraj. Ten wyjazd jest równie realny jak moja wygrana w wyborach na królową Anglii.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz